poniedziałek, 1 września 2014

od Ben'a - C.D Katheriny

Przez czas, w którym Kerry oglądała posiadłość, a Kath gdzieś tam się szwendała, spędzałem na badaniu otoczenia, pod kątem taktycznym. Klif raczej nie był zbyt... dobrym rozwiązaniem. Odcięta jedna droga ucieczki, otoczenie nas byłoby niemal banalne. Mogliśmy jednak w razie potrzeby skoczyć na niższą półkę i schować się zanim nas by zauważyli.
(...) Spojrzałem na swoją pierś, w miejsce gdzie była rana, aktualnie przykryta bluzką. Zaraz jednak ponownie skierowałem na nią swe oczy, podobno trochę ciemniejsze niż Alec. Przynajmniej, tak mi mówiła Max, jak się jej pytałem, jak nas rozróżnia. Wymieniła takie drobiazgi jak fakt, że właśnie miałem ciemniejsze oczy, jaśniejsze włosy w przeciwieństwie do Alec'a, byłem chudszy, miałem tatuaże. I dodała, że najłatwiej nas poznać po mimice oraz zachowaniu. Może. Chociaż ona nas rozróżniała. Ah, no i mieliśmy inny kod. I ja go chowam, a on nie. Eh, przestałem o tym myśleć i skupiłem się na jej słowach. Nie martwi się o Alec'a i słusznie. Ja akurat naprawdę o nikogo się nie martwiłem. Brzmi to dziwnie, ale to prawda. Po prostu nie umiem się martwić o kogoś. Gdyby Alec umarł, zrobiłbym po prostu to co zawsze. Zasalutował, minuta ciszy dla uhonorowania poległo i odszedł. Bez mrugnięcia okiem, odwrócenia się. Przecież po to jesteśmy. By walczyć i umierać.
- Moja rana i ja mamy się dobrze - odpowiedziałem, opierając się o framugę, gdyż stałem właśnie w przejściu. Miałem skrzyżowane na piersi ręce i patrzyłem na nią spokojnie. Wiedziałem, że się martwi o Alec'a, jedna z zalet bycia obserwatorem: zauważa się drobiazgi. - Wróci. - Rzuciłem tylko i wyszedłem. Położyłem się na tylnym siedzeniu mojego samochodu i tam leżałem. Miałem w zasięgu wzroku i słuchu a nawet węchu cały dom więc mogłem spokojnie sobie leżeć, po uprzednim wysłaniu Alec'owi naszego położenia, oczywiście zaszyfrowanego. Nigdy nie wiadomo, kto dorwie jego telefon. Nagle po jakiś dwudziestu minutach, usłyszałem znajomy dźwięk Impali. Zaraz jednak ucichł, a jej warkot zastąpiły kroki. Niemal natychmiast wyszedłem z samochodu. Alec. Szedł znad przeciwka. Nie miał ran, przynajmniej nic takiego nie widziałem. Był zmęczony, było to widać na pierwszy rzut oka.
- To Manticore - powiedział. Zamarłem, słysząc dobrze znaną mi nazwę. Nie. Przecież... jak? Dlaczego tutaj? Teraz?
- Jak to? - spytałem cicho. Nie dostałem odpowiedzi, bowiem Katherina wyszła z domu. Alec uśmiechnął się na jej widok szeroko.

(Katherina?)

od Katheriny- C.D Ben'a

Spojrzałam zaciekawiona na Ben'a i uśmiechnęłam się tajemniczo. Zerknęłam na domek Alec'a i zaczęłam myśleć.
-Jeśli dobrze znają te tereny, to mogą podejrzewać , że ukryjemy się w Katedrze-mruknęłam
Ben skinął głową i przyglądał mi się , mając wyraz twarzy jakby czekał na bardziej konkretną odpowiedź.
-Zachodnia część miasta, też nie bo za dużo tam potworów, jak dla jednej osoby z nas.....-dodałam , chociaż ostatnie słowa wypowiedziałam ciszej, dając jasno do zrozumienia Ben'owi o co tak na prawdę mi chodzi. Matko i co tutaj wybrać takie nie zbyt łatwo dostępnego i w ogóle........ Góry...... coś z klifem, nie jestem pewna ,ale może się coś udać.
-Mam pomysł. Poprowadzę Cię -odpowiedziałam spokojnie.
Ben skinął głową i ruszył samochodem. Prowadziłam uważnie Ben'a tak by żadnego zakrętu nie ominął. Dojechaliśmy na obrzeża miasta, gdzie znajdowały się góry, jak i również las. Ukryliśmy skutecznie nasze auto i w dalszą drogę udaliśmy się pieszo.
-Gdzie idziemy?-dopytywała się Kerry
-Zobaczycie -odpowiedziałam bezwiednie
Kerry przyglądała mi się uważnie dość zdziwiona, jednak Ben całkiem był tym nie wzruszony. Sama się dziwię no ,ale przecież nic im z tego powodu nie zrobię. Pokręciłam tylko oczami i wznowiłam wędrówkę , w góry. Nie mówiłam, że dostanie się tam będzie łatwe no,ale cóż. Godzina wędrówki opłaciła się bo dotarliśmy na najwyższy klif jaki był w tej okolicy. Tuż przed nami wyrósł dość duży stary i opuszczony dom. (klik) Ben przyglądał się posiadłości ,która była w nie najgorszym stanie. O tej posiadłości wiedziałam tylko i wyłącznie ja. Ten dom zwiedziłam gdy wyjechałam od  rodziny. Gdy tam wracałam zatrzymałam się w tym domu. Był opuszczony, ale w spaniałym stanie. Teraz trochę się tutaj pozmieniało , ale jest dobrze. W piwnicy jest mały składzik potrzebnych rzeczy.
-Ciekawe miejsce-odpowiedział zafascynowany Ben
-Tak, a jakby były jakieś kłopoty, zaraz obok mamy klif-uśmiechnęłam się
-Chcesz skakać do wody?-wzdrygnęła się Kerry
Popatrzyłam na nią i zaśmiałam się cicho i podeszłam do klifu. Zaraz to samo zrobił Ben i dziewczyna mojego brata.
-W klifie jest jaskinia, skutecznie ukryta i tylko Ci,którzy znają odpowiednie położenie ten jaskini mogą tam się znaleźć-wyjaśniłam -Jaskinia jest mało widoczna z lotu ptaka, bo często przykrywają ją fale. Które jakimś cudem nie zalewają jej od środka-dodałam
Ben spojrzał w dół i przyglądał się widokom, ja jednak podeszłam do Kerry i wysłałam ją do domu.
-Skąd znasz to miejsce?-zapytał podejrzliwie
Odwróciłam się za Kerry ,która poszła do domku i zniknęła z pola widzenia.
-Pewna czarownica była mi winna przysługę. Gdy wracałam do Bługarii, musiałam znaleźć odpowiednie miejsce , gdzie nikt mnie nie znajdzie. Przyprowadziła mnie tutaj. Czarownica oczywiście gdzieś siedzi, daleko stąd. Na innym kontynencie. Ale jej czary działają i tylko ja mogę się dostać do jaskini na dolę wraz z innymi jeśli tylko tego zapragnę. A posiadłość mimo iż wygląda obskurnie, to gdy tylko się tutaj zjawię będzie co do jedzenia w kuchni, czy też będzie jakaś dobra sypialnia. Ale nie licz na luksusy z dwudziestego pierwszego wieku. Zawsze jest jakieś łóżko, ale stare i szafa tak więc wiesz-wyjaśniłam
Ben przyglądał mi się uważnie, nie wiem czy był zdziwiony, zafascynowany czy też znudzony? Ale nie chciałam się jakoś dopytywać.
-Wspaniałe miejsce na kryjówkę -szepnął
Popatrzyłam na niego i odwróciłam się tyłem , a następnie poszłam do Kerry. Dziewczyna już zdążyła wygodnie usiąść na starej sofie,która się już praktycznie rozwalała. Zero telewizora i zero nowoczesności, tylko woda i trochę jedzenia na krzyż. W sumie zawsze wiem jak się ustawić, żeby mieć dobrze. Ale jakieś luksusy nie są mi potrzebne. Westchnęłam cicho i poszłam na górę po schodach , na drugie piętro , gdzie były pokoje. Weszłam do jednego z nich, gdzie było biurko , szafa i łóżko. Na tym koniec. Chociaż w rogu znajdowało się moje stare zdjęcie z czarownicą, a zaraz obok z rodzicami. Zerknęłam na resztę ścian jednak nic więcej już tutaj nie było. Wyjęłam szybko telefon z kieszeni i popatrzyłam na zegarek. Pół godziny. Dopiero teraz uderzyła mnie ogromna fala przejęcia. Zastanawiałam się gdzie jest Alec i co się z nim w tej chwili dzieje. Odwróciłam się , chcąc wyjść i przed sobą zobaczyłam Ben'a.
-Nie strasz mnie-mruknęłam wkurzona
Ben przyglądał mi się uważnie, bez emocji. To jego najczęstszy wyraz twarzy. Tak na prawdę jedyną osobą o którą szczerze się martwiłam to był Alec. Nie wiem jakim cudem i dla czego. Nigdy nie czułam potrzeby wiązania się z kimś czy też bycia z kimś, a tym bardziej martwienia się o tą osobę. Ale to chyba faktycznie oboje się trochę zmieniliśmy.......
-Martwisz się o niego?-zapytał
-Nie, po prostu się trochę przejmuję tą całą sytuacją -odpowiedziałam poważnie -Poza tym nie ważne. Poradzi sobie. A jak z twoją raną?

(Ben?)  

od Ben'a - C.D Katheriny

Tylko dzięki mojej natychmiastowej reakcji, udało się nam uniknąć zderzenia. I w takich chwilach, nawet największy przeciwnik mutacji byłby wdzięczny za swoją transgeniczność. Po chwili znów spokojnie jechaliśmy. Dziękuje Ci, Manticore za naukę jazdy... wszystkim co ma koła, bo w tej chwili nawet ja umiem jeździć wszystkim poczynając od czołgu Sherman kończąc na zwykłym samochodzie. W końcu, nigdy nie wiadomo.
Na szczęście Ci strzelcy w ogóle strzelać nie potrafili i Impala nie ucierpiała. Eh, oni raczej nie są z Manticore. Nie udało im się zastrzelić mnie, Chevy a nawet roztrzęsionej, stojącej nieruchomo Kerry! Rozumiem, że we mnie chybili. Nie do końca, bo jednak ucierpiałem trochę i gdybym nie był tym, czym jestem wykrwawiłbym się. Ale Kerry czy samochód? Błagam. Z moich kpiących myśli, wyrwał mnie spokojny głos dziewczyny mojego brata.
- Dobra teraz tak na serio, gdzie nas zabierasz? - spytała. Parsknąłem śmiechem, odwracając wzrok od drogi, by spojrzeć na nią.
- Przed chwilą w nas strzelali, prawie się nie rozbiliśmy, a ty tak po prostu pytasz "gdzie nas zabierasz", jakbyś po prostu oglądała sobie film? - powiedziałem, wypuszczając powietrze. Tak, bardzo często oddychałem głęboko, wzdychałem, czy przetrzymywałem powietrze w płucach. Taki nawyk z polowań. Postanowiłem nie mówić już nic. Co jakiś czas zerkałem na siedzącą z tyłu Kerry. Tak, nadal jej nie ufałem. Może być zdrajczynią.
Po kilku minutach, dotarliśmy pod dom Alec'a, ten na wysypisku wraków. Wjechałem tam, "tylnym wjazdem" który tak naprawdę był dziurą w siatce, pomiędzy dwoma samochodami, starym Mercedesem i Garbusem. Nikt nas nie widział. To dobrze. Zaparkowałem w jakimś ciemnym, niezbyt widocznym miejscu, by nikt nie rozpoznał impali.
- Co my tutaj robimy?
- Musimy zmienić samochód - wytłumaczyłem, wychodząc z niego. Kath i Kerry poszły moim śladem. Przykryłem plandeką Impalę i rozglądałem się, za czteroosobowym autem. Pech chciał, że większość albo nie miała silnika, albo innej ważnej części. Aż w końcu. Znalazłem w miarę sprawnego Forda Fairlane, z 1957 roku (Klik). Nie miał parę części, ale wcześniej widziałem jeszcze dwa inne modele z innych lat, posiadające dużo większe ubytki oraz prawie kompletnego Mustanga pierwszej generacji, który w sumie miał takie same części jak te powyższe. Tak, to akurat łączy mnie i Alec'a: oboje znamy się na samochodach. Po jakiejś godzinie, udało mi się doprowadzić do sprawności staruszka. Wyczołgałem się spod niego, przetarłem go jeszcze z kurzu i już był gotowy. Miał nawet fotele!
- Już! - zawołałem do dziewczyn. Ah, przy okazji pożyczyłem koszulkę od Alec'a. Niech nikt nie pyta, jak wszedłem do jego domku. Tak, czarną koszulkę która na mnie wisiała. Jak to możliwe, że jesteśmy bliźniakami i jego ciuchy są na mnie za duże? - Proponuje się stąd ruszyć, zanim wpadną w odwiedziny. Przed Wami, Fairlane!
- Nie sądzisz, że będziemy zwracać na siebie zbyt dużą uwagę? - spytała Kath.
- A który z tych aut, nie zwraca na siebie uwagi? Większość z nich jest starsza od nas - powiedziałem i wsiadłem do Forda. Odpaliłem, co prawda za pomocą kabli bo kluczyków nie mam, ale odpaliłem. Chyba sobie go wezmę - Szybciej.
Kerry i Kath wsiadły. Kerry się trochę uspokoiła.
- A ty... - zaczęła obca dziewczyna. Odwróciłem się do niej prawie całkowicie i uniosłem brew, słuchając ją. Tak mimowolnie.
- Hmm...? - mruknąłem.
- Jak masz w ogóle na imię?
- Ben - odpowiedziałem, znów wygodnie siadając na miejscu kierowcy. Zastanowiłem się chwilę, gdzie jechać. - Nie znam miasta, Katherina, nie wiem jakie znasz bezpieczne miejsca. A ta... katedra? Albo jaskinie w górach, klifach? Jakieś trudno dostępne miejsce w opuszczonej części miasta, lesie, albo w górach?

(Kath?)

od Katheriny - C.D Romeo / Ben'a

Usiadłam na przodzie , zaraz obok Ben'a , a Kerry posadziłam na tyłach. Odetchnęłam głęboko i zerknęłam na Ben'a ,który zapalił silnik samochodu. Zastanawiałam się gdzie możemy jechać, ale jednocześnie martwiłam się o Alec'a. Wiem jest wyszkolony i w ogóle ,ale i tak się martwię.
-Katherina, Rey wróci?-zapytała się Kerry przerażona
Czasami nawet nie miałam głowy, słuchać ludzi ,którzy tak panicznie są przerażeni. Jakoś ich nie rozumiałam. Może dla tego, że za często sama się nie bałam.
-To dobry wojownik. Na pewno.-zapewniłam ją
Nie byłam tego pewna, ale niech dziewczyna myśli, że wszystko jest w porządku. Jak widać ma dość mało odporną psychikę na takie sprawy. Spojrzałam na Ben'a ,który przyglądał mi się pytająco, jednak ja tylko wzruszyłam ramionami. Odwróciłam głowę i zapatrzyłam się w drogę do przodu. Przez pół drogi milczeliśmy wszyscy jak grób. Zerknęłam na zegarek jeszcze trzy godziny i Alec powinien wrócić. Jak nie wróci na czas, to bez wahania pójdę go znaleźć. Popatrzyłam na Kerry,która siedziała skulona na tyle samochodu.
-Gdzie my w ogóle jedziemy?-zapytałam
-W sumie to nie wiem. W bezpieczne miejsce-odpowiedział niepewnie
 Heh. Akurat. Bezpieczne miejsce? Teraz to żadnych bezpiecznych miejsc nie ma , przecież to obłęd. Spojrzałam na niego ,ale odwróciłam wzrok i zerknęłam na drogę. W tej samej chwili pojawiła się chmura kurzu i nic kompletnie nie było widać. Zauważyłam tylko tyle , że jakiś samochód koziołkował w naszą stronę.
-Ben, uważaj!-krzyknęłam zdziwiona
W ostatniej chwili mężczyzna skręcił kierownicę i ominęliśmy samochód. Zerknęłam w lusterka i sprawdziłam co z samochodem. Zaraz ominęliśmy kolejny samochód , tym razem jakiś inny ,który stał z rozwalonym przodem.
-Nie pomożemy im?!-wyrwała się Kerry
-Nie wiemy kto to. A poza tym równie dobrze mogą być to wrogowie-mruknęłam
Po chwili usłyszeliśmy jakieś wystrzały i tylko zobaczyłam jak jakiś pocisk przedziurawia znak. To potwierdziło moje obawy , że to wrogowie. Jednak szybko wyjechaliśmy z tej zasłony kurzu.
-Dobra teraz tak na serio, gdzie nas zabierasz?-zapytałam poważnie

(?)

sobota, 30 sierpnia 2014

od Romeo - C.D Katheriny / Od Ben'a

Od Romeo - C.D Katheriny
Zastanowiłem się, a Ben cały czas oglądał ranę. Dotknął ją nawet, ale zaraz z sykiem zabrał rękę. Przewróciłem oczami. On naprawdę był jak takie małe dziecko. Małe, niebezpieczne, obłąkane, niekoniecznie pojmujące to, że już nie jest w Manticore dziecko. Które nie ma na sobie koszulki, bo była cała przesiąknięta krwią i trzymał ją w ręce.
Ok, co robimy. Mój umysł niemal natychmiast przestawił się na myślenie żołnierza. Dwadzieścia lat bycia nim daje we znaki. Zastanowiłem się chwilę, ale nie potrzebowałem wcale długiego czasu do namysłu, w końcu na wojnie trzeba podejmować szybkie decyzje i tego zostałem nauczony. Eh.. Gadam trochę jak Ben. To on tu jest psychopatycznym mordercą "bo tego go nauczono".
- Po pierwsze, powinniśmy się jak najszybciej stąd wynosić, znają nasze położenie. Będzie trzeba się przyczaić, bowiem nie znamy wroga. Eh, czuję się jak na zajęciach taktycznych - mruknąłem, chodząc po pokoju. - Ja pójdę za tym samochodem.
- Dlaczego ty? - spytała Kath.
- No właśnie - zgodził się Ben.
- Bo chcę mieć kogo przepytywać, a rozmawiać z zwłokami nie potrafię - wytłumaczyłem, a Ben mi przytaknął robiąc znów minę jak na filmach. - Nic mi nie będzie, poradzę sobie - odpowiedziałem za wczasu, bowiem wiedziałem, że Kath się martwi. - To tylko taki... zwiad. Wrócę za około cztery godziny i ruszam teraz, zanim ślad po nich zaginie.
I wyszedłem szybko z pokoju. Wiedziałem, że idą za mną. Ben z łatwością mnie dogonił, kiedy wyszliśmy z domu. Odwróciłem się do niego. Będę tego strasznie żałował, ale przynajmniej okaże się, czy Ben naprawdę ma dobre zamiary.
- Eh... Ben. Nie daj ich skrzywdzić - poprosiłem. Po chwili dodałem, ciszej. - Ich obronę potraktuj jak... swoją misję. Obowiązek. Zrozumiałeś?
Zobaczyłem jak zesztywniał i spojrzał na mnie wzrokiem którego odgadnąć nie mogłem. Tak, specjalnie użyłem tych słów, które dla niego miały większe znaczenie niż cokolwiek innego. Wiedziałem, że jeśli się zgodzi, to potraktuje to jak jakiś sens życia, ale zależało mi na bezpieczeństwie dziewczyn. A mimo, że go praktycznie nie znałem, wiem, że oddałby życie by wypełnić swą misję. W końcu to żołnierz, zaprogramowany na to by zabijać i być zabitym. Katherinie nie może się nic stać. Eh... chciałbym z nimi zostać. Bardzo chciałbym. I choć pewnie się do tego nigdy nie przyznam, po prostu zrobię wszystko by Ben nie wrócił do Manticore. Cóż, rodzina to dla mnie rzecz święta, choć nikłe miałem o niej pojęcie. Spojrzałem na niego. Wahał się.
- Tak - odpowiedział, od razu poważniejąc. Uśmiechnąłem się do niego i ruszyłem za śladem kół. Odwróciłem się jeszcze tylko i rzuciłem mu kluczyki od mojego samochodu. Eh, Chevy... Mam nadzieje, że on umie prowadzić.
- Jeśli ją zarysujesz, to Cię zabije! - krzyknąłem jeszcze i poszedłem dalej.

Od Ben'a
Patrzyłem jak odchodzi, nadal stojąc jak kołek. Jeszcze tylko złapałem kluczyki, nawet nie patrząc się na nie. Uwielbiam moce X5. Wypuściłem powietrze z płuc, intensywnie myśląc o tym wszystkim. Miałem się, hmm, zaopiekować Kath i tą dziewczyną. Nie jestem niańką, ale co miałem zrobić? Z jego słów wnioskuje, że to mój obowiązek.
Obowiązek.
Misja.
Z nimi wiąże się również dyscyplina, więc się zgodziłem. Ufa mi, heh. Miło. Schowałem do kieszeni kluczyki od jego samochodu, po czym poszedłem do kuchni. Stały tam obie i mimowolnie się zawstydziłem, gdy poczułem ich spojrzenia na sobie. Nie było mojego zmieszania widać, przecież nie dam im tej satysfakcji. Kerry przypatrywała się tatuażom, widocznie zdziwiona. Potraktuje to jako komplement, nie mam ochoty się teraz kłócić ani tłumaczyć.
- Musimy stąd iść - powiedziałem, opierając się o blat. To wszystko mi się nie podobało, ale co poradzić? Wiele rzeczy może nam się nie podobać. Ruszyliśmy do wyjścia. I wtedy poczułem czyjeś palce na moich plecach. Wzdrygnąłem się i odskoczyłem jak oparzony odwracając się do dziewczyn. Przez chwilę nie oddychałem, by zaraz opróżnić i ponownie napełnić płuca świeżym powietrzem, uspokajając się. Kerry spuściła wzrok i już wiedziałem kto jest winien.
- Przepraszam - powiedziała zawstydzona. I jest nas dwoje.
- Nie lubię być dotykany - wytłumaczyłem chłodnym głosem, nadal czując mrowienie w miejscu, gdzie przejechała palcami. Nie lubię? Nienawidzę. Po prostu nienawidzę, gdy ktoś mnie dotyka. Ten przywilej mają tylko niektóre osoby, a i tak nie sprawia mi to żadnej przyjemności. Powiedzmy, że uraz z dzieciństwa plus kilka lat całkowitej samotności trochę mnie wyalienowały i sięgnąłem rozum do głowy, wiedząc, że nigdy nie znamy zamiarów innych. A dotyk oznacza bliskość, bliskość oznacza praktycznie brak czasu na reakcję, która by była odpowiedzią na niespodziewany atak. Chyba nie trzeba być Sherlockiem, że to była prawdziwa udręka, gdy Alec i Kath mnie trzymali. Alec'a bym zniósł, knebel jeszcze przeżył choć i tak wykazałem się dużym zaufaniem, ale Kath siedząca na mojej piersi, to była przesada. Nadal czułem w tym miejscu nieprzyjemne ciepło. Znaczy ciepło było w miarę przyjemne, ale sam fakt wywołania go już nie. Naprawdę, to przypalanie było niczym przy tym, ale wiedziałem, że to potrzebne. Jej głos brutalnie przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Nie musisz tak na nią napadać - warknęła Katherina. Napadać? Ja?
- Po prostu jeśli nie musicie, nie dotykajcie mnie. Ani w plecy, ani w pierś, ramiona, ręce czy nogi a tym szczególnie szyję, kark, głowę. Trzymajcie się tego, bo przez najbliższe cztery godziny musimy ze sobą wytrzymać. Jak mówiłem: jeśli nie ma takiej potrzeby, ręce przy sobie - mruknąłem, po czym zgarnąłem swoją kurtkę i zarzuciłem ją na ramiona, niczym taką barierę "anty-dotykową". Moja koszulka była zupełnie przesiąknięta i do założenia się nie nadawały.
O matko.
Zapomniałem o krwi.
- Poczekajcie tu chwilę - rzuciłem i wszedłem szybko na górę. Na podłodze było trochę mojej krwi, ale wystarczająco dla dobrego łowcy. Wyjąłem jakikolwiek dezodorant i napsikałem na krew, by ją zanieczyścić. Po chwili już nie nadawała się do niczego. Starłem rozcieńczoną posokę, odłożyłem na miejsce dezodorant. I przy okazji zmyłem z ręki zaschniętą już ciecz, pozostałą po ranie. Wyszedłem na dwór, by rzucić na ziemię szmatkę oraz moją koszulkę. Wyjąłem zapalniczkę i rzuciłem ją na rzeczy, które od razu zajęły się ogniem dzięki dezodorantowi. Nie ma to jak improwizowane zacieranie śladów. Eh. Na szczęście rzeczy się spaliły. Odwróciłem się do dziewczyn.
- Zmywajmy się stąd, zanim wrócą - rzekłem i wsiadłem do Impali.

( Katherina?)

piątek, 29 sierpnia 2014

od Katheriny - C.D Romeo

Zeszłam w końcu z niego i popatrzyłam na niego trochę zdziwiona, gdy usłyszałam jego wypowiedź.
-Nie........ Tak-powiedziałam poważnie w tym samym momencie co Alec, na żarty powiedział "tak".
Popatrzyłam na niego, ale z powagi zaraz nic nie wyszło , bo uśmiechnęłam się do niego rozbawiona. W tej samej chwili usłyszałam , że ktoś na dole otwiera nasze drzwi. Zbiegłam szybko na dół i odciągnęłam Kerry od drzwi i znów je zamknęłam.
-Dziewczyno, proszę nie zachowuj się jak dziecko-powiedziałam zrezygnowana
-Chcę wrócić do domu-dodała poważnie
-Potem-warknęłam
-Teraz-mruknęła wkurzona
Eh nie chciałam tego robić, ale na górze trzeba wszystko wyjaśnić z Ben'em i Alec'em. A jak ta chce cały czas uciekać mi z domu to , to nie wyjdzie. Zahipnotyzowałam ją i kazałam siedzieć grzecznie w kuchni. Cóż na nią na szczęście hipnoza działała więc problemów nie było. Wróciłam się do chłopaków , a Ben już siedział spokojnie na kanapie.
-Sorki, Kerry chce usilnie iść do domu-mruknęłam
-No to niech idzie-powiedział obojętnie Ben
Spojrzałam na niego trochę wkurzona, ale zaraz pokręciłam głową i usiadłam na kanapie obok Alec'a.
-Ben, ja obiecałam Rey'owi , że się nią zaopiekują -wyjaśniłam-Nie chcę tego złamać. Ale nic. Nikomu się więcej nic nie stało?
-Nie, ja jestem cały-odpowiedział szybko Alec.
-No, pierwszy raz chyba nie dostałeś -zaśmiałam się-Kerry też jest cała,ale roztrzęsiona. Więc musiałam ją zahipnotyzować.
-Działa na nią hipnoza? To czym ona jest?-zapytał zdziwiony Alec
-Do końca nie wiem. Nie wspominali o tym -wzruszyłam ramionami.-No a jak rana Ben?
-Jak widać lepiej. A co martwisz się?-zapytał kąśliwie
-Ciesz się, że nie wykopałam Cię na zbity pysk z mojego domu-warknęłam- Poza tym tak martwię się o wszystkich , zawsze którzy są pod moim dachem. Poza tym jesteś bratem Alec'a.
Zamilkłam. W sumie wszyscy milczeli, a ja zamyśliłam się nad tą rozmową z Rey'em.
-Dobra to co my mamy teraz robić? Ktoś ma pomysły?-westchnęłam cicho

(?)

od Romeo - C.D Katheriny

Rana Katheriny na szczęście nie była groźna, w przeciwieństwie do Ben'a, który też oberwał. Byliśmy w innym pokoju, Ben siedział spokojnie na krześle i patrzył na swoją ranę. Nie wyglądała najlepiej, ale chociaż tym razem to nie ja dostałem. Spojrzałem na jego ranę, która była idealnie dwa centymetry pod prawym obojczykiem, a może bardziej na skos, jeszcze bardziej w prawo. Wiem, że okropnie krwawiło, na pewno kula drasnęła tętnicę. Nie mówiąc o tym, że przeszła na wylot. Będzie trzeba wypalić. Spojrzał na mnie i przeczesał lewą ręką włosy.
- Auć - mruknął, zdjął ledwie koszulkę i przyłożył do rany. Trzeba to jakoś zatamować, a koszulka już przemokła.
- To będzie bolało - ostrzegłem go.
- Przecież wiem.
Zszedłem na dół, do Katheriny.
- Gdzie jest Ben? - spytała, rozglądając się.
- Dostał kulką.... Masz do pożyczenia żelazko? - rzekłem, rozglądając się. Zmarszczyła brwi i po chwili wahania mi dała. Wróciłem na górę, do Ben'a. Siedział, będąc blady jak trup. Po jego ramieniu spływała krew, przez rękę i dłoń aż w końcu kapiąc na podłogę. Podłączyłem żelazko. Oh, współczuję mu, bo to będzie cholernie bolało.
- Przygotuj się na największy ból, jaki kiedykolwiek czułeś - ostrzegłem go. Lekko spłycił mu się głos, po czym wstał i położył się na plecach, na podłodze. Unieruchomiłem mu rękę, przygniatając ją kolanem, by mieć obie ręce wolne.
- Myślisz, że to moje pierwsze wypalanie rany? - zaśmiał się. - Choć pierwszy raz ktoś to robi żelazkiem. Za słabo mnie trzymasz.
Nagle w drzwiach pojawiła się Katherina. Ok, to musiał być naprawdę komiczny widok. Zmarszczyła brwi, zaskoczona.
- Eh, Kath, pomożesz mi go trzymać? - poprosiłem. - Trzeba wypalić ranę, nie mam nic żelaznego czy metalowego ani prochu strzelniczego by to zrobić tradycyjnie, więc zostało mi żelazko - wytłumaczyłem. Po chwili wahania, podeszła.
- Jak mam go przytrzymać? - spytała.
- Druga ręka i pierś musi być unieruchomiona. Nie sądzę, by nie próbował się wyrywać. Ah, prawie bym zapomniał - mruknąłem i zakneblowałem go. Nie chcemy, by się darł na całe gardło, co? Wystraszyłby tą dziewczynę na śmierć. Katherina usiadła na piersi Ben'a, a ja wziąłem żelazko i przyłożyłem do rany. Owszem próbował się wyrwać, ale nie trwało to jakoś długo, po niecałej minucie "wypalania" rany, przestałem. Nie krwawiła już, jak i zaczynała się goić, dzięki szybkiej regeneracji typowej dla x-pięć. Kath z niego zeszła, a ja go puściłem, zdejmując knebel. Ben po chwili się podniósł i zaczął patrzeć na swoją ranę. Siedziałem koło niego.
- Dobrze się bawiliście? - spytał, patrząc na nas. Oddychał szybko ale i głęboko.

(Katherina?)