Spojrzałem na Max, która westchnęła głęboko. Martwiła się o tą dziewczynę, przecież nie wiadomo czy przypadkiem jakiś X5 lub X6 nie przyłączył się do tej bandy popaprańców. Max jednak dała za wygraną i rozejrzała się. Coś mnie jednak gnębiło.
- Max, od kiedy to ty tutaj rządzisz? - spytałem. Uniosła na mnie swój wzrok i skrzyżowała ręce na piersi. No tak. Zapomniałem. To Ben'a lubi, ja ją wkurzam. Jakoś mi to nie przeszkadzało, dlaczego miałoby? Mnie to i tak nie interesuje.
- Odkąd nie ma Zack'a - rzuciła obojętnie. Kiwnąłem głową. Zack, z tego co wiem, był przywódcą w jej oddziele. No przecież nie Ben - Wszyscy na górę! - krzyknęła, słysząc jak przygotowują się do wejścia. Ci źli, oczywiście.
Wszyscy zaczęli wchodzić na górę oprócz nas, bo Max nas zatrzymała.
- Joshua, zajmij się Katheriną - wydała polecenie. Tak, Max to urodzona przywódczyni. Ja też, ale nie chciało mi się kłócić.
- Co?! - oburzyła się Kath.
- Nie masz przeszkolenia wojskowego, nie martw się, nie będziesz jakoś pod lufą. Po prostu on z łatwością powali wszystkich. A Alec i Ben są bardziej potrzebni tutaj.
Po kilku chwilach oporu, weszła na górę.
- Do czego Ci jestem potrzebny, szefowo? - rzuciłem kpiąco. Ben się zaraz zjawił koło nas, stając w bezpiecznej odległości od nas oboje.
- Po pierwsze, nie zabijamy. Zrzucą to na nas, mutanty mówiąc jakimi to jesteśmy potworami. Po drugie... Czy sufit jest wytrzymały? - spytała. Kiwnąłem głową.
*Dziesięć minut później*
Przygotowaliśmy się do.... ataku. Ja, Max, Ben i trzech innych byliśmy na... suficie. A dokładniej, na belkach pod sufitem. Wtedy wtargnęło tu kilkoro strażników z Manticore. Powoli przemierzało pokój, a my się przesunęliśmy tak, by obezwładnić przynajmniej jednego. Ben zniknął w innym pomieszczeniu, podążając śladem czterech ludzi. I wtedy, Max dała znak. Ok, skok w dół nie był straszny, sama walka krótka i pięciu facetów z którymi walczyłem padło na ziemię. Co za marne istoty, wystarczyło jedynie parę kopniaków i jedno uderzenie. W milczeniu powoli w bojowej pozycji wszedłem do pomieszczenia gdzie powinien być Ben. Zaraz jednak wyprostowałem się, widząc jak czterej mężczyźni leżą na ziemi, martwi. Wszyscy mieli podobne obrażenia. Ręce (lub jedną rękę) wyrwane ze stawów, połamane lub wręcz zmiażdżone karki i parę innych obrażeń. I wszyscy nie mieli zębów. Kiedy on powyrywał im zęby? Tak, jego wizytówka. Powyrywane zęby. Dlatego Max mówiła, że bawi się w dentystę. Boże... Tak jakby ktoś zapomniał, że Ben jest potworem.
- Chodź - szepnąłem. Nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił. A oni najpewniej żyli, kiedy robił swoją "operację" na ich zębach.
Wbiegliśmy na górę, jeszcze powalając dwóch atakujących nas gości. Żaden z nich nie zdążył nawet wystrzelić kuli. Na górze, szykowaliśmy się dalej. Cała walka poszła gładko. Pozbyliśmy się tych natrętów. Stałem oparty o ścianę w holu i wypatrywałem Katheriny. Ben, z tego co zauważyłem został ranny i siedziała przy nim Max, opatrując go. Rozmawiali, on o czymś zawzięcie opowiadał. Czasem się śmieli, czasem poważnieli ale było widać, że Ben'owi sprawia to frajdę. Po chwili dostrzegłem Katherinę. Podszedłem do niej z uśmiechem.
- Cześć, kociaku.
Wtedy kątem oka, dostrzegłem jak podchodzi do nas Joshua.
- Eh. Joshua i Max idą. - powiedział. Jak Kali z "W pustyni i w puszczy". Kali to, Kali tamto. Jak można mówić o sobie w trzeciej osobie? Kiwnąłem głową.
- Pa, wielkoludzie.
- Pa, średnioludzie - odpowiedział i odszedł. W ogóle wszyscy odeszli. Został jedynie Ben.
- Nie idziesz z nimi? - zagadałem do Ben'a. Pokręcił głową, ale było widać, że chciałby iść. Mimo to, nie poszedł. Nie będę się wgłębiać w jego psychikę.
- Powinniśmy już iść - powiedział i odeszliśmy.
*Kilka godzin później*
Siedziałem w barze, pijąc kolejną już dzisiaj butelkę whiskey. Cholerna zmutowana tolerancja na procenty. Muszę to zrobić?
Muszę.
Muszę.
Muszę.
Nie, to mnie jakoś nie przekonuje. A jednak... Lepiej żeby teraz trochę pocierpiała i zapomniała o mnie lub pamiętała o mnie jako o zimnym draniu niż później cierpiała, tęskniąc. Albo co gorsza, oglądała moją śmierć. Czy to przez Manticore, czy przez np. nieudane wygonienie demona. Oh... tak bardzo ją kocham. I znów mi się dostało przez to.
Katherina podeszła do mnie. Umówiliśmy się tutaj, teraz. Odwróciłem się do niej z przylepionym sztucznym uśmiechem. Nie mogę przełożyć tego? Nie. Muszę to zrobić dziś.
- Cześć, Kath - rzuciłem.
- O co chodzi? - spytała, siadając koło mnie i opierając się o barek. Zaczyna się. Wyłączyłem w sobie wszelkie dobre emocje, przełączając się na tryb "dupek".
- O nas... To koniec - powiedziałem, jakbyśmy gadali o powietrzu - Nie lubię się przywiązywać.
- Co ty mówisz? - spytała, marszcząc brwi.
- To nie ma sensu.
- Co?
- To wszystko. My. Nie chcesz ze mną chodzić, z wzajemnością. Łudzisz się, że jestem tym samym gościem którego poznałaś na tej wyspie, a ja... Oh, jeszcze nie wiesz? Wykorzystałem to. Wykorzystałem Ciebie i Twoją miłość do gościa który nie istnieje. To wszystko kłamstwo. Bawiłem się tobą, a ty mi na to pozwalałaś. Byłaś moją zabawką, darmowym teatrzykiem, prywatnym kinem. Jesteś taka naiwna, niewinna. Sama się o to prosiłaś - zaśmiałem się.
- Alec...
- Nie rozumiesz? Kłamałem. Z wszystkim, kłamałem. Nawet nie wiesz, ile dziewczyn nabiera się na takie bajery.
- Dymaj się! - krzyknęła, nie wiem czy zła, czy zrozpaczona. Miałem ochotę krzyknąć "Katherino, muszę to zrobić, siedzi we mnie demon i nie chcę Cię skrzywdzić!" niczym w taniej komedii romantycznej. Nie mogłem jednak tego zrobić. Wtedy by zaczęło się "pomogę Ci, przejdziemy przez to". A ja nie chcę. Nie chcę przez to przechodzić. Nie mogę, nie mam na to czasu. A mój czas ucieka. Przepraszam Cię Katherino za to, co zaraz powiem...
- Zrobiliśmy to i to nie raz, kotku - rzuciłem i uśmiechnąłem się kpiąco. I wtedy dostałem od Katheriny w twarz. Uderzyła mnie otwartą dłonią w prawy policzek. Spojrzałem na nią, pocierając obolałe miejsce. Oh, dobrze. Ma mnie za drania. Tylko dlaczego to tak boli? I wcale nie mówię o policzku. Tak bardzo chciałem ją przytulić i osuszyć jej łzy. Ale nie mogłem. Nie mogłem pójść na żywioł, zostać z nią. Założyć rodzinę i żyć długo i szczęśliwie. Nie mogłem. Kiedy ostatni raz poszedłem na żywioł, ktoś umarł. Nie chciałem znowu tego powtarzać.
- Żegnaj, naiwny kociaku - powiedziałem znów z tym uśmiechem i odszedłem. Gdy tylko zniknąłem z jej pola widzenia, moje oczy się zaszkliły a uśmiech znikł. Cały czas powtarzałem sobie "musiałem" jednak to nic nie pomogło. Wróciłem do swojego domku na wysypisku, będąc już jedynie cieniem dawnego Alec'a. Wszedłem do domu i skierowałem się do łazienki. Przemyłem twarz wodą. To już koniec. Uniosłem wzrok na lustro. Ta twarz. Ta osoba. Ten koleś, który tak zranił Kath, zabawił się jej uczuciami. Był draniem. Nie wytrzymałem z złości i z całej siły uderzyłem w taflę lustra. Szkło pękło i spadło do umywalki, raniąc moją pięść. Ale przynajmniej już nie widziałem go. Nie widziałem siebie. Mojego największego wroga. Stałem tak i złość zastąpiły wyrzuty sumienia. I nie tylko, gdyż moje myśli zaatakował ten gówniany demon. Słyszałem jego kpiący głos.
"I co ty sobie myślałeś? Jesteś NIKIM. Nic nie wartym śmieciem! Powinieneś spłonąć wraz z większością śmieci z Manticore". Jęknąłem i zsunąłem się na podłogę, zasłaniając swoje uszy dłońmi. Nic to nie dało.
(Katherina?)
sobota, 6 września 2014
od Lucas'a
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się ciepło w jej stronę.
-Na pewno będzie szczęśliwy tak jak ja-odpowiedziałem
-No nie jestem pewna-westchnęła cicho
-A to dla czego nie? Jesteś jego mamą. Na pewno będzie dobrze-powtórzyłem
Lilith skinęła delikatnie głową , a ja dalej ją przytulałem. Tuliliśmy się do siebie przez dłuższy czas, aż usłyszeliśmy na górze Chris'a. Westchnąłem cicho i poszliśmy do pokoju, tam gdzie obudził się właśnie mały. Wziąłem go na ręce i zacząłem kołysać. No tak znów był głodny. Wróciliśmy się na dół, a Lilith przygotowała mleko. Znów to samo co zawsze, przecinanie nadgarstka, dawanie do mleka malca , krew i zaklejanie nadgarstka. W końcu mleko było gotowe, a ja zacząłem karmić Chris'a.
-Będzie z niego dobry wampir-uśmiechnąłem się
(?)
-Na pewno będzie szczęśliwy tak jak ja-odpowiedziałem
-No nie jestem pewna-westchnęła cicho
-A to dla czego nie? Jesteś jego mamą. Na pewno będzie dobrze-powtórzyłem
Lilith skinęła delikatnie głową , a ja dalej ją przytulałem. Tuliliśmy się do siebie przez dłuższy czas, aż usłyszeliśmy na górze Chris'a. Westchnąłem cicho i poszliśmy do pokoju, tam gdzie obudził się właśnie mały. Wziąłem go na ręce i zacząłem kołysać. No tak znów był głodny. Wróciliśmy się na dół, a Lilith przygotowała mleko. Znów to samo co zawsze, przecinanie nadgarstka, dawanie do mleka malca , krew i zaklejanie nadgarstka. W końcu mleko było gotowe, a ja zacząłem karmić Chris'a.
-Będzie z niego dobry wampir-uśmiechnąłem się
(?)
Od Lilith
-Tak myślisz..?-szepnęłam.
-Uda nam się..jesteśmy już tutaj..nie wycofamy się.
Kiwnęłam delikatnie głową równocześnie wtulając się w niego.
Pogłaskał mnie delikatnie po głowie i pocałował w czoło..mimo wszystko poczułam jego ciepłe i miękkie wargi..
-Znów będziesz ze mnę..będzie cudownie.-powiedział.
Zamknęłam oczy i trwałam przez dłuższy czas w jego ramionach,delikatnie nami kołysał.
-Lucas..naprawdę..jeszcze w życiu nikt nie chciał się aż tak dla mnie poświęcać..
-Ale ja ciebie kocham pamiętasz? Zrobię dla ciebie wszystko..robię to dla nas,dla ciebie..dla małego..
-Co do Chrisa...jak myślisz,jak zareaguje widząc mnie po ożywieniu? Jeśli się w ogóle uda oczywiście..
(?)
-Uda nam się..jesteśmy już tutaj..nie wycofamy się.
Kiwnęłam delikatnie głową równocześnie wtulając się w niego.
Pogłaskał mnie delikatnie po głowie i pocałował w czoło..mimo wszystko poczułam jego ciepłe i miękkie wargi..
-Znów będziesz ze mnę..będzie cudownie.-powiedział.
Zamknęłam oczy i trwałam przez dłuższy czas w jego ramionach,delikatnie nami kołysał.
-Lucas..naprawdę..jeszcze w życiu nikt nie chciał się aż tak dla mnie poświęcać..
-Ale ja ciebie kocham pamiętasz? Zrobię dla ciebie wszystko..robię to dla nas,dla ciebie..dla małego..
-Co do Chrisa...jak myślisz,jak zareaguje widząc mnie po ożywieniu? Jeśli się w ogóle uda oczywiście..
(?)
od Katheriny - C.D Romeo
Zbiegliśmy szybko na dół z Alec'em oraz Joshuą. Podeszłam do Max, która podciągnęła mnie delikatnie na bok. Zaraz zauważyłam Kerry ,która tym razem plątała się po domu przerażona.
-Tak nie może być-uprzedziła mnie szybko
-Dobra w porządku. Ale o co Ci chodzi?-zapytałam zdziwiona
-O Kerry, a kogo by innego-mruknęła zdenerwowana i wskazała na nią.
Odetchnęłam głęboko patrząc na nią i spuściłam ramiona. Matko tak to faktycznie nie może być. I co my mamy niby z nią w tej chwili zrobić.
-Trzeba się jej pozbyć -powiedziała wkurzona
Spojrzałam na Kerry, o matko gdyby się tak nie zachowywała było by dobrze. Podeszłam szybko do niej i złapałam ją za rękę. Pociągnęłam ją na górę, aż do swojej sypialni.
-Katherina, co ty robisz?-zapytała przerażona
-Kerry koniec z tym zachowaniem rozumiesz! Wyskakujesz teraz przez balkon i uciekasz jak najdalej stąd jeśli chcesz żyć. Jednak ............ weź to ze sobą. -mruknęłam
Podałam jej pistolet i wyprowadziłam a balkon. Kerry rzucała się i krzyczała, że nie chce, jednak zepchnęłam ją z balkonu,a dziewczyna wylądowała spokojnie na ziemi. Dziewczyna spojrzała na mnie z dołu wściekła, ale gdy zaraz usłyszałyśmy czyjeś krzyki ona pognała prosto przed siebie. Pobiegło za nią kilkunastu ludzi, a ja by tylko nie dostać schowałam się znów do pokoju. Jednak i tak dostało się do niego trochę kul ,które przebiły okna. Wybiegłam szybko z pokoju i wpadłam na Joshua, któremu się przyjrzałam.
-Co się stało?-zapytał zdziwiony
-Nie nic, mały ostrzał -odpowiedziałam szybko. -Chodźmy na dół.
Zbiegliśmy szybko na dół, a Max wyjrzała przez okno trochę zdziwiona. Popatrzyła na mnie z pytającym wzrokiem.
-Co się dzieje?-zapytał Alec
-Trochę ludzi odbiegło gdzieś -wyjaśniła dziewczyna
-Pobiegli za Kerry-wzruszyłam ramionami
-Co takiego?!-zapytała cała czwórka, a konkretniej Max , Ben i Alec.
-No to było dobre wyjście. Przydała się na coś, zamiast biegać po domu przerażona. -dodałam
-Ty zdajesz sobie sprawę , że oni ją zabiją?-zapytał Alec
-Bardziej ona ich. Mimo tego zachowania, Kerry potrafi racjonalnie myśleć. Zwieje i dobrze. Potem pewnie znajdzie Rey'a, a my właśnie pozbyliśmy się mniejszej części wroga-wyjaśniłam
(?)
-Tak nie może być-uprzedziła mnie szybko
-Dobra w porządku. Ale o co Ci chodzi?-zapytałam zdziwiona
-O Kerry, a kogo by innego-mruknęła zdenerwowana i wskazała na nią.
Odetchnęłam głęboko patrząc na nią i spuściłam ramiona. Matko tak to faktycznie nie może być. I co my mamy niby z nią w tej chwili zrobić.
-Trzeba się jej pozbyć -powiedziała wkurzona
Spojrzałam na Kerry, o matko gdyby się tak nie zachowywała było by dobrze. Podeszłam szybko do niej i złapałam ją za rękę. Pociągnęłam ją na górę, aż do swojej sypialni.
-Katherina, co ty robisz?-zapytała przerażona
-Kerry koniec z tym zachowaniem rozumiesz! Wyskakujesz teraz przez balkon i uciekasz jak najdalej stąd jeśli chcesz żyć. Jednak ............ weź to ze sobą. -mruknęłam
Podałam jej pistolet i wyprowadziłam a balkon. Kerry rzucała się i krzyczała, że nie chce, jednak zepchnęłam ją z balkonu,a dziewczyna wylądowała spokojnie na ziemi. Dziewczyna spojrzała na mnie z dołu wściekła, ale gdy zaraz usłyszałyśmy czyjeś krzyki ona pognała prosto przed siebie. Pobiegło za nią kilkunastu ludzi, a ja by tylko nie dostać schowałam się znów do pokoju. Jednak i tak dostało się do niego trochę kul ,które przebiły okna. Wybiegłam szybko z pokoju i wpadłam na Joshua, któremu się przyjrzałam.
-Co się stało?-zapytał zdziwiony
-Nie nic, mały ostrzał -odpowiedziałam szybko. -Chodźmy na dół.
Zbiegliśmy szybko na dół, a Max wyjrzała przez okno trochę zdziwiona. Popatrzyła na mnie z pytającym wzrokiem.
-Co się dzieje?-zapytał Alec
-Trochę ludzi odbiegło gdzieś -wyjaśniła dziewczyna
-Pobiegli za Kerry-wzruszyłam ramionami
-Co takiego?!-zapytała cała czwórka, a konkretniej Max , Ben i Alec.
-No to było dobre wyjście. Przydała się na coś, zamiast biegać po domu przerażona. -dodałam
-Ty zdajesz sobie sprawę , że oni ją zabiją?-zapytał Alec
-Bardziej ona ich. Mimo tego zachowania, Kerry potrafi racjonalnie myśleć. Zwieje i dobrze. Potem pewnie znajdzie Rey'a, a my właśnie pozbyliśmy się mniejszej części wroga-wyjaśniłam
(?)
od Romeo - C.D Katheriny
Wszystko będzie dobrze? Nic nie będzie dobrze. Oh, jakby wiedziała co ja zrobię dziś wieczorem... To nasz ostatni dzień. Przylepiłem jednak na usta uśmiech sztuczny. Pocałowałem ją jeszcze i zeszliśmy na dół. A przynajmniej zeszlibyśmy, gdyby nie Joshua, dwumetrowy pół pies. Raczej miał ciało jak człowiek, może był trochę bardziej owłosiony i miał pazury. Tylko twarz się różniła. Była... eh, miał taki podobny do psa nos, spłaszczony i "zlewający" się z policzkami. Był też ogromny. A, i wargi miał jakby psie. Oraz zęby. Nie da się tego wytłumaczyć. Warknął na Kath, ale zaraz ponownie się uśmiechnął, widząc, że ona nie jest jednak całkowicie kotem.
- Jestem Joshua - powiedział, ujął jej rękę i potrząsnął mocno. Zaśmiałem się, widząc jej zakłopotanie. No tak.
- Katherina - odpowiedziała. Wtedy on spojrzał na mnie.
- Średnioludzie! Choć, pokażę Ci coś - powiedział, złapał mnie i wciągnął do jednego z pokoi. Tam wisiała, teraz przymocowana flaga. - Joshua to namalował.
- Wow, obraz "Joshua nr. 1000"? - spytałem, marszcząc brwi.
- Nie! To nasza flaga - powiedział. Przyjrzałem się jej. Były na niej trzy barwy: na dole czarny, potem czerwony a na samej górze biały. A po środku leciał ogromny, biały gołąb, będący na razie na paśmie czerwonym i zmierzający ku białemu. A na czarnym paśmie, były jakby smugi czerwonego, jakby farba się wylała. Kod kreskowy.
Joshua wskazał na czarny pas.
- Stąd się wydostaliśmy - powiedział - mrok. Manticore. A to - wskazał na kod kreskowy - to to, co łączy nas wszystkich. Kod kreskowy na karku. To my - wskazał na gołębia - jesteśmy na paśmie czerwonym, paśmie wojen i rozlewu krwi, po to by dostać się jako zwycięzcy na pasmo białe: pokoju i zrozumienia. Gdzie będziemy mogli wyjść na ulicę, bez krzyków.
Uśmiechnąłem się i kiwnąłem flagą. Joshua się cofnął kilka kroków i jak to on, musiał coś rozbić. Odskoczył i wpadł na inną rzecz.
- Eh, naprawi się to! - mówił gorączkowo.
- Przestań - uspokoiłem go. Kath i ja nadal przyglądaliśmy się fladze.
- Pomożesz mi ją wywiesić? - spytał. Kiwnąłem głową i cudem, nie zostając zestrzeleni wywiesiliśmy flagę za oknem.
- Przygotować się! - usłyszeliśmy głos Max - Na pozycje i według planu, już!
(Katherina?)
Ta akcja i tak dalej zaraz, tylko niech się pozbędą ogona XD
- Jestem Joshua - powiedział, ujął jej rękę i potrząsnął mocno. Zaśmiałem się, widząc jej zakłopotanie. No tak.
- Katherina - odpowiedziała. Wtedy on spojrzał na mnie.
- Średnioludzie! Choć, pokażę Ci coś - powiedział, złapał mnie i wciągnął do jednego z pokoi. Tam wisiała, teraz przymocowana flaga. - Joshua to namalował.
- Wow, obraz "Joshua nr. 1000"? - spytałem, marszcząc brwi.
- Nie! To nasza flaga - powiedział. Przyjrzałem się jej. Były na niej trzy barwy: na dole czarny, potem czerwony a na samej górze biały. A po środku leciał ogromny, biały gołąb, będący na razie na paśmie czerwonym i zmierzający ku białemu. A na czarnym paśmie, były jakby smugi czerwonego, jakby farba się wylała. Kod kreskowy.
Joshua wskazał na czarny pas.
- Stąd się wydostaliśmy - powiedział - mrok. Manticore. A to - wskazał na kod kreskowy - to to, co łączy nas wszystkich. Kod kreskowy na karku. To my - wskazał na gołębia - jesteśmy na paśmie czerwonym, paśmie wojen i rozlewu krwi, po to by dostać się jako zwycięzcy na pasmo białe: pokoju i zrozumienia. Gdzie będziemy mogli wyjść na ulicę, bez krzyków.
Uśmiechnąłem się i kiwnąłem flagą. Joshua się cofnął kilka kroków i jak to on, musiał coś rozbić. Odskoczył i wpadł na inną rzecz.
- Eh, naprawi się to! - mówił gorączkowo.
- Przestań - uspokoiłem go. Kath i ja nadal przyglądaliśmy się fladze.
- Pomożesz mi ją wywiesić? - spytał. Kiwnąłem głową i cudem, nie zostając zestrzeleni wywiesiliśmy flagę za oknem.
- Przygotować się! - usłyszeliśmy głos Max - Na pozycje i według planu, już!
(Katherina?)
Ta akcja i tak dalej zaraz, tylko niech się pozbędą ogona XD
od Lucas'a
Po dwóch godzinach rozmowy z nią, w końcu skończyliśmy. Objaśniła mi wszystko i powiedziała, że najpóźniej za tydzień mamy być w Hiszpanii. Odetchnąłem głęboko i poszedłem po Lilith, żeby ona też się z nią pożegnała. Zeszliśmy na dół i obie się pożegnały ze sobą. Zamknąłem za nią drzwi i odwróciłem się do Lili.
-I co?-zapytała niepewnie
-Masz szczęście możemy tutaj zostać jeszcze max 3 dni-uśmiechnąłem się
-Wspaniale! A gdzie dalej?-dopytała się z entuzjazmem
-Do Hiszpanii-dodałem rozbawiony
Przyciągnąłem ją do siebie całując namiętnie , ale zaraz oderwałem się od niej i przytuliłem mocno do siebie.
-Mówiła, że ożywienie Ciebie będzie trudne. Ale damy radę.-oznajmiłem pewnie
(?)
-I co?-zapytała niepewnie
-Masz szczęście możemy tutaj zostać jeszcze max 3 dni-uśmiechnąłem się
-Wspaniale! A gdzie dalej?-dopytała się z entuzjazmem
-Do Hiszpanii-dodałem rozbawiony
Przyciągnąłem ją do siebie całując namiętnie , ale zaraz oderwałem się od niej i przytuliłem mocno do siebie.
-Mówiła, że ożywienie Ciebie będzie trudne. Ale damy radę.-oznajmiłem pewnie
(?)
od Katheriny - C.D Ben'a
Trochę stałam zdziwiona. Przypatrywałam się również Max, ale też reszcie grupy. No po prostu jakby więcej kłopotów nie mogło być.
-Ja bym się nie spodziewała. Że zawita tutaj tyle mutantów. Ben masz mi coś spóźnionego do powiedzenia-zwróciłam się do niego.
-Em....... niespodzianka, poinformowałem o tym Max-powiedział rozbawiony
Przytaknęłam głową i przewróciłam oczami na jego słowa. Zaraz sobie przypomniałam, że na górze jest Kerry. Szybkim ruchem wyszłam na górę i zauważyłam, że są otworzone drzwi. Kerry niemal że rozwaliła krzesło na którym siedziała, bo przed nią stał Bruto. Zaśmiałam się cicho i podeszłam do mężczyzny.
-Spokojnie. Bruto, ona jest tu z nami-uprzedziłam spokojnie.
Mężczyzna skinął głową i zaczął przeszukiwać pokój, a ja zabrałam Kerry na dół do towarzystwa. Stanęła jak wryta widząc tyle ludzi w tym domu. Tak to była nowość......Jeszcze wczoraj byliśmy tutaj tylko we czwórkę ,a tutaj proszę. Tyle osób. Dziewczyna mojego przyszywanego brata, poszła , gdzieś gdzie nie było okien i w ciszy tam siedziała.
-Nie wytrzymam -mruknęłam wkurzona
-Coś nie tak?-zapytała Max
-A i owszem. Nie mam pojęcia jak walczyć i jednocześnie chronić Kerry. Przepraszam bardzo, ale w takich sytuacjach powinna wykazać chodź trochę odwagi-dodałam przygnębiona tą sytuacją.
-Aż tak źle jest?-dopytywała się
Skinęłam głową i wyjaśniłam jej wszystko. Jednak zaraz sobie przypomniałam, że jestem w tych ciuchach co w nocy jak byłam na polu z Ben'em. No tak akurat nie będę walczyć, z resztą ten strój to nie był mój styl. Gdy skończyłam ze wszystkimi rozmawiać wyszłam na górę do siebie do pokoju i ubrałam od razu czarne skórzane spodnie. Bluzkę na ramiączkach i do tego skórzana kurtka, oraz czarne buty. Założyłam sobie specjalny pasek na udzie gdzie miałam sztylet i przy okazji swój własny pistolet zaraz za paskiem przy spodniach. Spięłam szybko włosy w kucyka. Otworzyłam drzwi , ale przed nimi zobaczyłam Alec'a. Podniosłam delikatnie głowę i spojrzałam mu w oczy.
-Spodziewałeś się, że to tak szybko przyjdzie?-zapytałam
-Nie-westchnął głęboko
Przyjrzał mi się uważnie i uśmiechnął się szczęśliwy,a zaraz złapał za gumkę na moich włosach i ściągnął mi ją.
-Tak lepiej -powiedział zadowolony
Odwzajemniłam jego uśmiech i ujęłam jego policzek w dłoń,a następnie pocałowałam namiętnie. Alec przyciągnął mnie szybko do siebie i objął , przyciskając mocno do siebie. Chwyciłam się go delikatnie i oparłam głowę o jego ramię.
-Wszystko będzie dobrze-wyszeptałam-Pamiętaj, że kocham Ciebie i tylko Ciebie.
(Alec?)
-Ja bym się nie spodziewała. Że zawita tutaj tyle mutantów. Ben masz mi coś spóźnionego do powiedzenia-zwróciłam się do niego.
-Em....... niespodzianka, poinformowałem o tym Max-powiedział rozbawiony
Przytaknęłam głową i przewróciłam oczami na jego słowa. Zaraz sobie przypomniałam, że na górze jest Kerry. Szybkim ruchem wyszłam na górę i zauważyłam, że są otworzone drzwi. Kerry niemal że rozwaliła krzesło na którym siedziała, bo przed nią stał Bruto. Zaśmiałam się cicho i podeszłam do mężczyzny.
-Spokojnie. Bruto, ona jest tu z nami-uprzedziłam spokojnie.
Mężczyzna skinął głową i zaczął przeszukiwać pokój, a ja zabrałam Kerry na dół do towarzystwa. Stanęła jak wryta widząc tyle ludzi w tym domu. Tak to była nowość......Jeszcze wczoraj byliśmy tutaj tylko we czwórkę ,a tutaj proszę. Tyle osób. Dziewczyna mojego przyszywanego brata, poszła , gdzieś gdzie nie było okien i w ciszy tam siedziała.
-Nie wytrzymam -mruknęłam wkurzona
-Coś nie tak?-zapytała Max
-A i owszem. Nie mam pojęcia jak walczyć i jednocześnie chronić Kerry. Przepraszam bardzo, ale w takich sytuacjach powinna wykazać chodź trochę odwagi-dodałam przygnębiona tą sytuacją.
-Aż tak źle jest?-dopytywała się
Skinęłam głową i wyjaśniłam jej wszystko. Jednak zaraz sobie przypomniałam, że jestem w tych ciuchach co w nocy jak byłam na polu z Ben'em. No tak akurat nie będę walczyć, z resztą ten strój to nie był mój styl. Gdy skończyłam ze wszystkimi rozmawiać wyszłam na górę do siebie do pokoju i ubrałam od razu czarne skórzane spodnie. Bluzkę na ramiączkach i do tego skórzana kurtka, oraz czarne buty. Założyłam sobie specjalny pasek na udzie gdzie miałam sztylet i przy okazji swój własny pistolet zaraz za paskiem przy spodniach. Spięłam szybko włosy w kucyka. Otworzyłam drzwi , ale przed nimi zobaczyłam Alec'a. Podniosłam delikatnie głowę i spojrzałam mu w oczy.
-Spodziewałeś się, że to tak szybko przyjdzie?-zapytałam
-Nie-westchnął głęboko
Przyjrzał mi się uważnie i uśmiechnął się szczęśliwy,a zaraz złapał za gumkę na moich włosach i ściągnął mi ją.
-Tak lepiej -powiedział zadowolony
Odwzajemniłam jego uśmiech i ujęłam jego policzek w dłoń,a następnie pocałowałam namiętnie. Alec przyciągnął mnie szybko do siebie i objął , przyciskając mocno do siebie. Chwyciłam się go delikatnie i oparłam głowę o jego ramię.
-Wszystko będzie dobrze-wyszeptałam-Pamiętaj, że kocham Ciebie i tylko Ciebie.
(Alec?)
Subskrybuj:
Posty (Atom)